Ballada o pewnej panience

To już zaczyna być jakaś świecka tradycja, że końcem roku zabieram się za książki Szczepana Twardocha 😉 Chyba czytaniu sprzyja jesienna melancholia i coraz dłuższe, bardziej mgliste wieczory. Co prawda planowałam nadrobić i przeczytać Dracha, ale cóż zrobić, że akurat wyszedł zbiór opowiadań i nieco pomieszał moje plany. 

Oczywiście nie pogniewałabym się, gdyby Szczepan Twardoch co roku raczył mnie kolejną swoją książką, ale z drugiej strony czekanie na te powieści ma swój urok. Tymczasem nawet się ucieszyłam, że wpadły mi w ręce opowiadania. Po pierwsze już dawno miałam ochotę na jakieś opowiadania. Kiedyś czytałam ich zdecydowanie więcej i już zapomniałam jak przyjemne to może być. Po drugie ciekawa byłam jak w takiej krótkiej formie sprawdzi się jeden z moich ulubionych autorów.

Musze powiedzieć, że to była całkiem fajna lektura. Tylko, że „fajna” w tym przypadku nie znaczy ani łatwa, ani nawet przyjemna. Ale  przecież to jest Szczepan Twardoch więc nie spodziewałam się łatwych  i miłych czytanek. I chodziaż nie wszystkie opowiadania przypadły mi do gustu, to chyba nie było ani jednego, po którym nie musiałabym chwilę odetchnąć, przemyśleć sobie czegoś, albo przynajmniej powiedzieć sobie w myślach „Matko! Co ten gość ma w głowie ?!”

Kilka opowiadań jest naprawdę świetnych. Tytułowa „Ballada o pewnej panience”, „Masara” czy „Dwie przemiany Włodzimierza Kurczyka”, aż proszą się o rozwinięcie do „pełnometrażowych” powieści. Te krótkie „Moje życie z Kim”, „W piwnicy” zaskakują puentą. Nawet te słabsze, o których zapominasz zaraz po przeczytaniu i tak mają coś w sobie. Zbiór opowiadań kończy „Fade to: black”, chyba najbardziej jak dla mnie poruszające i dające do myślenia opowiadanie. Wszystkie, jak to u Twardocha, dobrze napisane, więc można na nie śmiało stracić czas.

„Ballada o pewniej panience” to taka esencja ostatnich powieści Twardocha z wszystkimi znanymi motywami, które już znamy z „Morfiny”, „Dracha” czy „Króla”. Jest więc sporo brutalności, takiego fizjologicznego seksualizmu i fizjologii w ogóle, jest trochę Śląska i bohaterów z kompleksami, traumami, ale też cwaniaczków i gangsterów. Te krótkie formy literackie to też kwintesencja pisarstwa Twardocha z wszystkimi jego manierami – zabawą stylem i narracją, śląskością, brutalnością i elementami fantastyki.

„Ballada o pewniej panience” Szczepana Twardocha to fajny przerywnik między powieściami, który można sobie wrzucić na weekend, żeby nie wypaść z wprawy czytania specyficznych jednak powieści tego autora. Posądzam jednak, że książka nie przydanie do gustu wszystkim. „Król” sprzedał się w całkiem godnym nakładzie i trafił do szerszego grona odbiorców, ale chyba był najmniej „twardochowy” ze wszystkich jego powieści, dlatego też opowiadania mogą już tego sukcesu nie powtórzyć.

 

 

Szczepan Twardoch, Ballada o pewnej panience

Wydawnictwo Literackie

Już zaplanowałam sobie, że nadrobię zaległości i ogarnę jesienią „Dracha”, a tu mi Twardoch z nową książką wyjeżdża. Wypadałoby może przeczytać i mieć nadzieję, że nie będzie to powtórka z Dzienników. No więc znowu zmieniam plany i nową książkę tegoż wrzucam na jesień.

  2 Replies to “Ballada o pewnej panience”

  1. 28 listopada 2017 at 23:02

    Lekturze książek Twardocha z całą pewnością sprzyja jesienna aura, ale musimy przyznać, że są także doskonałą receptą na chłodne i długie wieczory. Zatopienie się w tytułach tego autora to czysta przyjemność, choć faktycznie – wzbudzają zwykle pełen wachlarz emocji. „Ballada o pewnej panience” może być dobrym przerywnikiem i warto po ten zbiór sięgnąć, choćby z powodu nazwiska na okładce. 🙂 Świetna recenzja!

    • 29 listopada 2017 at 10:38

      Dziękujemy i pozdrawiamy! 🙂

Pozostaw odpowiedź Gandalf Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *