Elegia dla bidoków

Niemal 2 miliony sprzedanych egzemplarzy, prawa do tłumaczenia w kilkunastu krajach, a w produkcji film na podstawie książki. A i jeszcze! 60 tygodni na liście bestsellerów „New York Times”. No czyli teoretycznie to powinna być niezła petarda. Teoretycznie, bo w praktyce prawie umarłam z nudów. Po raz kolejny dałam się uwieść bestsellerowi, którego fenomenu nie rozumiem. 

Elegia dla bidoków J.D. Vance to swego rodzaju autobiografia. Narratorem jest jeden z „bidoków”, któremu udało się wyrwać z tego środowiska. Opisuje, analizuje i tłumaczy niejako od środka środowisko tzw rednecków czyli białych Amerykanów zamieszkujących okolice Appalachów (tzw. pas rdzy). To biedne środowisko, z przemocą domową, alkoholizmem i brakiem perspektyw, ale z wielkim poczuciem dumy i swoistym honorowym kodeksem. To ludzie, którzy już dawno stracili wiarę w amerykański sen. Są wkurwieni i obrażeni na tych, którym się powiodło – na media, które ich nie widzą, a jeśli zobaczą to mówią pogardliwie (ubytki w uzębieniu), na elity, na rząd, na swój kraj.

Ameryka to nie Nowy Jork. Książka, stała się odkryciem dla Amerykanów, którzy czytając ją w jakimś łapczywym rzucie spojrzeli trochę dalej niż Central Park uświadamiając sobie, że rozwarstwienie społeczne stało się realnym problemem tego kraju. Efekt odczuli na własnej skórze. Książka pokazała Amerykanom z dużych miast, jak mylne mają wyobrażenie o ludziach żyjących poza światem kreowanym w mediach czy kulturze masowej.

I teraz wchodzi Trump, cały na biało. Zawsze mi się wydawało, że Barack Obama to taki znak czasów, symbol, że skończyły się pewne uprzedzenia i podziały, że świat poszedł do przodu i pozwala dojść do głosu tym, którzy mają coś mądrego do powiedzenia. Po 8 latach Ameryka cofa się do tytułu szybciej niż w kalejdoskopie i kuriozalnie to właśnie prezydentura Obamy się częściowo do tego przyczyniła. W ciągu 8 lat nacjonalistyczne, utlrakonserwatywne i rasistowskie środowiska kisiły się w swoim niezadowoleniu, żeby teraz doczekać się swojego czasu. Symbolem tej zmiany jest opalony, gburowaty jegomość, zasiadający w Białym Domu.

Świat się podzielił. Trudno oprzeć się wrażeniu, że książka w pewnym stopniu wychodzi dalej niż tylko problemy współczesnej Ameryki. Pewne procesy, poglądy i problemy są dobrze znane również w Polsce. My też trochę późno się obudziliśmy. Uśpiła nas „ciepła woda z kranu” i nowe kilometry autostrad, a gdzieś tam poza Warszawą rosło coraz większe wkurwienie i niezadowolenie. Dziś i tutaj i tam za oceanem wszyscy ponosimy tego koszty.

 

 

 

 

 

 

O co chodzi z tym bestsellerem. Wszystkie te wątki w książce nie wyjaśniają jednak fenomenu jaki książka zrobiła w Stanach i skąd taki szał. To nie jest taki rodzaj powieści, która wciąga, ja zasypiałam praktycznie po kilku stronach i nieźle się namęczyłam, żeby ją skończyć. Oczywiście są dobre momenty, ale generalnie jest tak sobie.

Problem z tą książką jest taki, że nie ma tutaj niczego odkrywczego. Opowieść co prawda w warstwie socjologicznej dość istotna, ale w warstwie literackiej mega nudna. Akcja się ślimaczy, bohaterowie dosyć papierowi, a problemy w sumie takie jak wszędzie. I u nas niejedną taka smutną historię można znaleźć. Być może trzeba być wytrawnym znawcą polityki i socjologii Ameryki, żeby się rozsmakować w tej książce. Ja zdecydowanie wolę inne smaki.

 

J. D. Vance, Elegia dla bidoków

Wydawnictwo Marginesy, 2018

Udostępnij:Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someonePrint this page

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *