Jak Strout pozostawiła niedosyt

Udostępnij:Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone

Do kobiecych książek podchodzę zawsze krytycznie. Cienka jest granica między zaróżowioną, wypachnioną powieścią dla kobiet, a porządną literaturą kobiecą. Pierwsze omijam szerokim łukiem i jestem na nie wyczulona, jak diabli. Drugie uwielbiam, ale nie jest łatwo znaleźć książki, które będą opowiadać o kobietach w sposób dojrzały, mądry, emocjonalny, ale nie infantylny.

Elisabeth Strout chodziła za mną od lat. Za „Olive Kitteridge” dostała Nagrodę Pulitzera i wiedziałam, że może śmiało dołączyć do mojej listy ulubionych: Munro, Ferrante, Lessing. Wreszcie autorka wydała coś nowego „Mam na imię Lucy” i już wiedziałam, że nie ma odwrotu.

Jak tylko zobaczyłam ją w księgarni, uderzyła mnie jej chudość. Nie przepadam za grubaśnymi książkami, które wloką się niemiłosiernie, nie dając przestrzeni i często przytłaczając. Less is more. W tym przypadku czułam, że coś poszło jednak nie tak.

 

Spotykamy Lucy, kiedy trafia do szpitala. Kobieta ma udane życie zawodowe i rodzinne, ale szpitalnie rozmowy z mamą, przywołują masę wspomnień z dzieciństwa – tych chcianych i tych, o których wolałaby zapomnieć. Rozmawiają, kiedy Lucy nie śpi, o sprawach, które kiedyś dotyczyły ich wspólnego życia – biedy, upokorzenia, braku perspektyw. Nagle brak więzi między kobietami zostaje zasypany. Trochę jakby matka wiedziała, że musi czuwać nad córką – a córka słuchać matki. Odbywa się to jednak w bardzo wyciszony, spokojny, wręcz ascetyczny sposób.

Doceniam Strout za jej styl i oszczędną formę. Udaje jej się utrzymać klimat, jak ja go nazywam „kobiecej przestrzeni”, który jest nieosiągalnym w męskim świecie. To jest ważna dla mnie rzecz, bo tego typu książki, czytam głównie emocjami – stąd często nie umiem wytłumaczyć, dlaczego mi się aż tak bardzo podobają.  Ale „Mam na imię Lucy” pozostawiła duży niedosyt, odczuwalny niemal fizycznie. Miałam wrażenie, że to tylko jakaś mała chmura na niebie, która pojawiła się równie szybko, jak zniknęła. Strout nie udało się ze mną zostać na dłużej. A szkoda.

 

 

Elizabeth Street „Mam na imię Lucy”

Wydawnictwo Wielka Litera, 2016

 

Udostępnij:Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone

  One Reply to “Jak Strout pozostawiła niedosyt”

  1. 17 marca 2017 at 18:24

    „Mam na imię Lucy” skończyłam niedawno 🙂 Ale zdecydowanie lepiej czytało mi się i większe wrażenie na mnie wywarła inna książka Strout, „Bracia Burgess”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *