Półka z książkami

Kobiety wymazane

Pracowały ciężko, zarabiały mało, nikt się o nie nie troszczył, nikt nie walczył. Zapomniane przez historię. Wracają dzięki dwóm autorkom: Marcie Madejskiej i Joannie Kuciel-Frydryszak.

Historia kobiet nabiera rozpędu. Poznajemy nie tylko te na barykadach, super zdolne i super odważne. Zanurzamy się w historie kobiet zwykłych, o których mało kto pamięta. Zostały zapomniane. Jakby ich praca nie istniała – służących nie ma, włókniarek w zasadzie też.

„Aleja Włókniarek” i „Służące do wszystkiego” to dwie fenomenalne książki, w których widać ogrom reporterskiej pracy i pasji. To dwie różne opowieści, które łączy los kobiet – ich historie i to, co po sobie zostawiły. Poznajcie je. Są różne jak ich światy, opowieści i ludzie, których spotkają na swojej drodze. Są złe służące, które denuncjowały w czasie wojny swoich żydowskich pracodawców i dobre (niesamowite), które szły z nimi do getta. Są dobre gospodynie, które traktują swoje podwładne jak rodzinę i złe, które je głodzą i przymykają oko na ich krzywdę. Są wreszcie włókniarki, które choć strajkowały, zostały kompletnie wymazane z historii walki o wolność kraju i zignorowane, kiedy ta wolność przyszła. Nie wszystkie chciały strajkować, były takie, które chciały mieć co do garnka włożyć i święty spokój. Również służące chciały mieć spokój i opiekę. Niewykształcone padają jednak ofiarą przemocy, gwałtów i sutenerstwa. Są w końcu służące wybitnych ludzi, które wspaniale zapisały się w ich życiu. Gombrowicz, Nałkowska, Merkel to osoby, które wnoszą do opowieści o służbie koloryt i anegdoty.

Ciężka praca czy już wyzysk

Obie książki zarówno „Aleja Włókniarek” jak i „Służące do wszystkiego” to książki o harówce i wyzysku. Służące, których w samej Warszawie na początku lat trzydziestych mogło być dziewięćdziesiąt tysięcy, pracują ponad siły. Na jedenaście osób przypada jedna. Nie jest więc możliwe, żeby wszystkie pracowały w zamożnych domach. Praca choć bardzo źle opłacana, jest jednak w wielu przypadkach jedynym ratunkiem przed nędzą i głodem. Włókniarki w Łodzi też pracują ciężko. Przyjeżdżają do miast po ratunek, dostają fatalne warunki i pracę zmianową, przy której utrzymanie rodziny graniczy z cudem. Pracującym w łódzkim fabrykach często się to jednak udaje, w przeciwieństwie do służących, które należą do swoich państwa i kiedy rozpoczynają pracę żegnają się z wolnością.

 Wolność

Służące nie znają takiego słowa. Żyją pracą i rodziną dla której pracują. Śpią w kuchniach i w pawlaczach, budzą się wcześnie, spać chodzą późno. Nie mają przerw w pracy, nie odpoczywają. Robią za niańki, sprzątaczki, pomywaczki, kucharki – są tanie, na ich usługi może sobie pozwolić wielu. A polska kobieta w mieście robić za dużo nie umie. W domu głównie zarządza służącą. Czasem zapomina, że służąca to istota ludzka i nie należy jej się pogarda ani razy. Wolność dla kobiet pracujących w łódzkich fabrykach znaczy już więcej. One mają większą moc sprawczą, zarabiają i często dzielą się obowiązkami domowymi z mężczyznami. Nie są zniewolone, co nie znaczy, że mają wybór i że jest im lekko. 

Kobieca solidarność

Bardzo z nią krucho w świecie służących. Nie mają oparcia ani w swoje rodzinie ani nie chroni je prawo. Można je bić. Zatrudniane głównie przez kobiety, od nich doznają najwięcej krzywd. Jeżeli same nie biją, to przymykają oko na gwałty i przemoc. Pan wchodzący do domu od kuchni ma swój przywilej. Panicz również może robić co chce ze służącą. Prawo kobiet pracujących nie chroni, organizacji działających na rzecz ich bezpieczeństwa brak. Włókniarki mają większą potrzebę obrony. Zdarza się, że strajkują właśnie w obronie koleżanki. Stawiają większy opór, walczą nie tylko o siebie, ale o swoje rodziny, o wykarmienie dzieci. Praca zespołowa pozwala się też im zorganizować, zamknąć w fabryce, zabarykadować. 

 Zapomnienie

Jednak wspólnym mianownikiem tych dwóch grup jest zapomnienie, które przybiera różne formy. Służące wydają się nieistotne, ich praca – ta mało spektakularna, domowa i codzienna zaciera się każdego dnia. Zupa na stole i uprane rzeczy to jedyne świadectwo, które tak naprawdę nikogo nie obchodzi, tak jak same służące. Włókniarki mają bardziej bolesną historię wspólną. O nich zapomniał świat, który się narodził po komunizmie. O nich zapomniały inne grupy zawodowe, które strajkując dołożyły swoją cegiełkę do wolności i zapisały się w zbiorowej świadomości. Włókniarki pozostały nieme. Walczyły o lepszy byt, chciały podwyżek i lepszych warunków pracy, dostały figę z makiem. 

Obie książki stawiam na swojej półce w widocznym miejscu. Są zapisem historii kobiet, ich zniewolenia i uległości. Są niezliczoną ilością wspomnień osobistych, które więcej nam mówią o nas samych i naszym społeczeństwie niż rozprawy historyczne i socjologiczne. Są w końcu dowodem na drogę jaką pokonały kobiety i co zyskały dzięki służącym i włókniarkom. Lektura obu książek otwiera oczy i nie pozwala już zamykać na pewne sprawy. 

Marta Madejska „Aleja Włókniarek” (Wydawnictwo Czarne, 2018)

Joanna Kuciel-Frydryszak „Służące do wszystkiego” (Wydawnictwo Marginesy, 2018)

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz