Krajobraz po wojnie w jakości HD

Udostępnij:Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone

Kiedy lata temu (to było jeszcze w poprzednim wieku sic!) przygotowywałam się do matury z historii, powiedziałam mojemu profesorowi, że dla mnie historia kończy się w 1945 roku, a potem to już tylko polityka, wiec mnie to już kompletnie nie interesuje. Miałam 18 lat, chodziłam w długich swetrach, słuchałam Nirvany i interesowały mnie tylko spektakularne wydarzenia historyczne: rewolucje, wojny i skandale obyczajowe.

W efekcie w życiu nie interesowałam się tym, co się stało po wojnie. Tak tuż, tuż po wojnie. Myślałam podręcznikiem. Koniec wojny, maj 1945: słońce zaświeciło, ludzie z goździkami na ulicach witający zwycięską armię, no i oczywiście ten bosko całujący marynarz na Time Square . Gdyby nie serial „Dom”, który uwielbiałam oglądać nic bym sobie nie wyobrażała. Jakieś ruiny może tylko…

Za sprawą Magdaleny Grzebałkowskiej i jej ‚1945 Wojna i Pokój’ ta luka w mojej edukacji właśnie się wypełniła.

 

 

Grzebałkowską nie interesuje wojna w makroskali. Nie interesuje jej polityka i powojenne podziały dokonywane palcem na mapie. Zajmuje ją codzienność i życie zwykłych ludzi, którym udało się jakoś przeżyć. Dociera do wypędzonych, do tych co przeżyli w zrujnowanych miastach, a także do tych, którzy próbowali tym jakoś zarządzić, a potem siada sobie u nich w domu, przy stolikach z haftowanym obrusem, popija herbatę i zadaje im pytania, które mam wrażenie nikomu wcześniej nie przyszły do głowy.

Są pytania natury logistycznej o gruzy i trupy. Zarówno jednych i drugich było całe mnóstwo w 45′ w Warszawie. No więc pytanie jest co się stało z tonami gruzu w tym mieście? Przecież trzeba było to jakoś posprzątać! Ale jak? Taczkami? Wozami? Przecież to były miliony ton gruzów. A co z  trupami po powstaniu warszawskim? Przecież po 44′ nikt ich nie „posprzątał”. Pół biedy w zimie, ale wiosną, kiedy mróz zelżał to wszystko przecież musiało okrutnie śmierdzieć. Jak się do tego zabrać? Kogo zatrudnić do tej najgorszej na świecie roboty? No i jak na koniec tych ludzi zidentyfikować i gdzie pochować?

Są pytania natury fizjologicznej. No bo, dobrze wrócili sobie ludzie do miasta, którego nie było, i co? Co się jadło? Gdzie spało? Czy chodzono do kawiarni? A gdzie się chodziło za potrzebą? Jednym słowem jak się żyło w ruinach Warszawy, które wbrew skojarzeniom nie były przecież w czarno-białej tonacji znanej z Kroniki Filmowej. Życie było w kolorze. W ruinach przecież wisiały firanki, widać było pomalowane lub tapetowane wnętrza, resztki bibelotów, gdzieś jakaś szafa otwarta na oścież, obrazy na ścianach. W kolorze musiało to wyglądać jeszcze straszniej, cytując autorkę „jakby jakiś olbrzym wyrzygał się na Warszawę”.

Są pytania natury obyczajowej. Grzebałkowska przemierza ziemie odzyskane, które były wówczas jednym wielkim pierdolnikiem. Jedni przyjeżdżali z dalekiego wschodu z kurami, krowami, pierzynami, innych wysiedlano na jakiś zachód nie pozwalając zabrać więcej niż tyle ile zmieści się na jednym drabiniastym wozie.

Pyta więc jak to jest zamieszkać u kogoś w domu, spać w jego pościeli, jeść z jego porcelany i chodzić w wiszących w szafie ciuchach? Jak to jest musieć spakować całe swoje życie na jeden wóz i uciekać z domu? Co się wtedy zabiera ze sobą? I jak to jest być Niemcem w tej części świata, która ucierpiała najbardziej, po najstraszniejszej wojnie, którą wywołali inni Niemcy?

Są w końcu pytania etyczne. Przy tej herbacie i tym stoliku z haftowanym obrusem siada sobie reporterka i starsza sympatyczne Pani – ex-szabrowniczka. I reporterka pyta, bo ciekawość jednak jest ogromna, jak to było w czasach, kiedy się jeździło i tak po prostu brało z czyjejś szafy jakieś płaszcze, albo z kredensu jakieś filiżanki. O czym rozmawiało się w autobusie na linii Warszawa-Wrocław zwanym powszechnie szabrobusem, do którego wsiadali szabrownicy-profesjonaliści specjalizujący się w szabrze aptecznym, kawiarnianym, czy bibliotecznym. I czy był jakiś kodeks etyczny lub jakieś rzeczy, których się nigdy nie zabierało?

Dużo pytań, dużo odpowiedzi i po raz kolejny rewelacyjna robota reporterska. Do tego jeszcze smaczek w postaci prasówki ówczesnych gazet, a właściwie ogłoszeń drobnych, w których rozczula ilość ogłoszeń o zaginionych psach, ofertach oddania dzieci w dobre ręce i przeprosin pana X za szkalowanie dobrego imienia pana Y.

Świetnie nakreślony krajobraz powojennej rzeczywistości, o której w końcu zaczyna mówić się bez patosu i kolan, przedstawiając nieznane historie zwykłych ludzi, których wojna zawsze dotyka najbardziej.

Magdalena Grzebałkowska, 1945. Wojna i pokój

Wydawnictwo Agora, 2015

Reporterska podróż do dziwnego roku 1945. Niby koniec wojny, a jednak mnóstwo spraw niezałatwionych, niby pokój, a nadal giną ludzie. Bardzo aktualna i obowiązkowa lektura dla wszystkich tych, którzy myśleli, że wojna skończyła się w maju 1945. 

Ocena Booklove: pretekst żeby zostać w łóżku (Wrrrr)

Udostępnij:Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *