Miasto kotów

Madryt to jest jedno z moich miejsc na ziemi. Piękne, kosmopolityczne, z urokliwymi knajpkami i miejscami, które są magiczne. Kiedyś nawet popełniłam okazjonalnego bloga, na pamiątkę jednego z moich pobytów w tym mieście, a raz nawet wystąpiłam w radiu jako … „ekspert” od Hiszpanii i madrytofilka ;))

Madryt 1936. Nie przypadkowo z mojego hiszpańskiego stosiku wybrałam najpierw książki, których akcja rozgrywa się w Madrycie. Na pierwszy ogień poszła powieść Eduardo Mendozy „Miasto kotów. Madryt 1936”. To było moje drugie podejście do tej książki, po nieudanym pierwszym odłożyłam ją na półkę z napisem „później”. Minęło 4 lata i tym razem powieść bardzo mi podeszła i w rezultacie mi się podobała, ale … no właśnie – mam pewne zastrzeżenia (o tym później).

 

Pomiędzy faszyzmem, a komunizmem. Historyczny moment, jaki tworzy historyczne tło powieści Mendozy jest niezwykły. Hiszpania w latach 30. stała się poligonem doświadczalnym starcia dwóch rodzących się systemów totalitarnych i ponosząc ogromne koszty ludzkie i społeczne (Hiszpanie zabijali się wzajemnie w imię poglądów politycznych), stała się także preludium do jeszcze większej katastrofy – II wojny światowej. Do dziś kraj boryka się z traumą przeszłości, która właściwie nigdy nie została rozliczona. O tym świetnie pisała Aleksandra Lipczak w rewelacyjnym reportażu „Ludzie z placu słońca”.

Mendoza odwołuje się właśnie do tego etapu w historii Hiszpanii, ale jak się okazuje wiele wątków ma ponadczasowe znaczenie, a dziś to starcie sił i emocje jakie rządzą Europą jest bardzo aktualne. Autor nie był by sobą gdyby nie zrobił tego w charakterystyczny dla siebie sposób. Poważne wątki okraszone są lekkim, nieco awanturniczym stylem powieści, a powieść pełna jest humorystycznych elementów, bohaterów fajtłapów i sytuacyjnych gagów rodem z przedwojennego starego kina.

Starodawny język. To co trochę mnie uwierało na początku to język powieści. Przez ten staroświecki język ciągle musiałam pilnować wyobraźni, która skręcała w klimaty XIX wieczne, odbierając mi nieco przyjemność w czytaniu. Ten język od razu w mojej wyobraźni „ubierał” tych bohaterów w odzież bardziej pasującą do czasów inkwizycji niż nowożytnej historii. Z pewnością w latach 30tych, nawet w Hiszpanii ludzie nie mówili do siebie takim językiem! Nawet w kręgach arystokracji. To mi trochę przeszkadzało, ale w sumie potem się przyzwyczaiłam i potraktowałam jako typowe dla autora, który takim stylem po prostu operuje w swoich powieściach.

Gapowaty bohater. Jak mnie ten typ denerwował momentami! To trochę pomieszanie bohatera XIX wiecznej angielskiej powieści i najbardziej znanego hiszpańskiego fryzjera damskiego, czyli bohatera poprzednich utworów Mendozy. Mieszanka wybuchowa. To momentami działało mi na nerwy, ale może dlatego że ostatnio generalnie jestem wyczulana na nieogarniętych, gapowatych facetów.

¡Arriba España! No i właśnie chyba z tym mam największy problem. Postaci historyczne pojawiają się w tej powieści jak grzyby po deszczu, nie opatrzone żadnym komentarzem, ściągą, przypisem najmniejszym. Co prawda ja dość dobrze znam historie Hiszpanii, ale idę o zakład, że większość polskich czytelników o José Antonio Primo de Rivera czyli twórcy hiszpańskiej Falangi, nie słyszała – a bez całego historycznego kontekstu ta cała intryga traci nieco urok. Najgorsze jest jednak to, że w tej powieści to właśnie Jose Antonio jest jedną z najsympatyczniejszych postaci, której trochę kibicujesz, a trochę współczujesz. A to przecież taki Hitlerek był (sic!).

 

Pomimo tych zastrzeżeń, wynikających głównie z mojego hiszpańskiego bzika, bardzo przyjemny czas spędziłam z Mendozą i polecam na zakończenie wakacji wszystkim tym, którzy jeszcze książki nie czytali.

 

Eduardo Mendoza, Walka kotów,

Tłumaczenie: Marzena Chrobak,

Wydawnictwo Znak, Kraków 2012

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *