Nurzając się zdźiebko w hedonizmie

Marta trwa przy kobietach upadłych, a mnie trzymają się ciągle klimaty dekadenckie. Tym razem szalona, pijana, niewierna i obrzydliwie bogata Ameryka lat dwudziestych. Czasy chwilowego szaleństwa miedzy wojnami i pandemią grypy hiszpanki. W tym zwariowanym czasie nikt nie żył tak intensywnie i nie był bohaterem tak wielu skandali jak tych dwoje – Zelda i Scott Fitzgeraldowie. Protoplaści dzisiejszych celebrytów, stali bywalcy rubryk towarzyskich, imprez i wydarzeń, na których bywali wszyscy ważni tamtego świata.

IMG_5360 Sięgam wiec hurtem. Najpierw na fali niedawnej kinowej premiery czytam jeszcze raz „Wielkiego Gatsbiego” i bez powodzenia próbuję rozstrzygnąć kto był lepszy w roli Gatsbiego czy Wielki Leo czy Wielki Redford. I po latach stwierdzam, że nadal nieziemsko wkurza mnie ta Daisy. Potem w moje ręce wpada „Powieść o Zeldzie Fitzgerald” Therese Anne Fowler, wiec idąc za ciosem czytam jeszcze „Czuła jest noc”, żeby sprawdzić ile z jest Zeldy w Nicole i ile jest ze Scotta w Dicku.

Ale to wszystko to nic. Kluczowe w tym jest to co zrobiła mi Fowler. Przez jej „Powieść o Zeldzie Fitzgerald” totalnie wkręcam się w Zeldę. Od razu oglądam wszystkie dostępne dokumenty na You Tube i zdjęcia w google image, nawet chcę jej imieniem nazwać moją kotkę (nie zgadza się jednak na to Tencomazemnategokota).

A więc Zelda!
Do tej pory laska, nie miała raczej dobrej prasy, nazywana przekleństwem i jednocześnie natchnieniem utalentowanego pisarza, to ona była obwiniana o zmarnowany talent, alkoholizm i w końcu upadek ich małżeństwa. Może trochę zaszkodził jej sam Scott, który wykrzywił trochę jej obraz w postaci rozmemłanej Daisy z „Wielkiego Gatsbiego”, czy neurastenicznej Nicole z powieści „Czuła jest noc”. Może też była po prostu zbyt błyskotliwa i zbyt bezczelna jak na kobietę w owych czasach.

Za sprawą Fowler Zelda zdecydowanie nabrała charakteru. Przyszła Pani Fitzgerald urzeka już na samym początku, kiedy nie bacząc na konwenanse ku przerażeniu rodziców zrzuca pończochy i gorset i pędzi boso po trawie do miasta zawijać bandaże dla rannych żołnierzy. Jest szalona, wrażliwa i pełna życia, a przede wszystkim po uszy zakochana w młodym Fitzgeraldzie. Kibicuje więc ich miłości i wchodzę w tą całą romantyczną historię. Tym bardziej, że życie mają całkiem fajne. Los im początkowo sprzyja – pierwsza książka Scotta jest zarazem sukcesem jak i skandalem, więc się dzieje od samego początku. Do tego towarzystwo najważniejszych „z branży”, niebanalne życie nocne – pięknie stroje, alkohol bez umiaru i tańce do rana.

„Życie wydawało się wątłe jak nigdy. Ale my ze Scottem byliśmy pełni energii, entuzjazmu, nieskrępowanymi ideałami. Żeglowaliśmy na czołowej fali sztormu”

Z biegiem książki zaczyna z kolei lekko irytować Scott. Ewidentnie gość nie radzi sobie z porażkami. Wychodzi z niego niezły narcyz, nadwrażliwy na swoim puncie niedoceniony artysta, niepanujący nad niczym i nadużywający alkoholu słaby facet. Zelda do końca pozostawia mnie w stanie całkowitej fascynacji. Odwaga poglądów i nowoczesny sposób myślenia, nawet dziś mógłby wprawiać w konsternację co bardziej prawicowe środowiska. Do tego sposób w jaki potraktowała Hemingwaya, kiedy ten nie bacząc na wielką przyjaźń z Fitzgeraldem próbował ją bez oporów poderwać.

Trochę tylko przygnębia końcówka. Zeldzie nikt nie potrafi pomóc i do końca życia będzie już zamknięta w zakładzie psychiatrycznym, a Scott pijąc coraz więcej i więcej, zapije się w końcu na śmierć.

Zanim to jednak nastąpi można się ździebko zanurzyć w hedonizmie, w towarzystwie amerykańskiej elity artystycznej i gwiazd rozkręcającej się właśnie fabryki marzeń.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *