Vacas flacas czyli Hiszpania jakiej nie znacie

Udostępnij:Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone


Uwielbiam Hiszpanie. Jeżdżę tam regularnie od 15 lat i do tej pory wydawało mi się, że całkiem dużo o niej wiem. A potem pojawiła się książka „Ludzie z placu Słońca” Aleksandry Lipczak i okazało się, że praktycznie nie wiedziałam nic.

Ta książka mnie porwała. Tak jak kiedyś porwała mnie Hiszpania i wszystko co z nią związane: flamenco, literatura hiszpańska, kuchnia i design. Lipczak pokazuje mi jednak taką Hiszpanie, do jakiej nigdy bym nie dotarła. Jak w tradycyjnej hiszpańskiej paelli jest tu po trochu wszystkiego. Współczesne problemy przeplatają się tu z traumami przeszłości, dramatyczne historie opowiedziane są na przemian z absurdalnymi, a ponurzy bohaterowie epoki Franco mieszają się z pozytywnymi bohaterami współczesności jak na przykład burmistrzyni Barcelony Ada Colau.

 

 

Vacas flacas czyli ciężkie czasy. To od tego zaczyna się reportaż. Tytułowy „Plac słońca” to Puerta del Sol w Madrycie. Nie jest to szczególnie ulubione przeze mnie miejsce, ale to miejsce centralne. To stąd idzie się do mojej ulubionej dzielnicy poetów (Huertes) i placu św. Anny. To tutaj w Sylwestra zjada się 12 winogron, które mają zapewnić pomyślność każdego miesiąca kolejnego roku. To na tym placu w końcu powstało miasteczko Oburzonych – symbol i kulminacja wielkiego kryzysu, który wywrócił ten kraj do góry nogami.

Lipczak wysłuchuje historii młodych Hiszpanów, którzy z powodu kryzysy zupełnie stracili możliwości rozwoju i usamodzielnienia się. Znam takie historie. Wielu moich znajomych przestało być stać na mieszkanie, stracili pracę wrócili do rodziców w wieku trzydziestu kilku lat z mężem, dziećmi, psami, meblami. Wielu straciło oszczędności życia wpłacając na mieszkanie, które podrożało tak bardzo, że lepiej było stracić część pieniędzy niż mieć mieszkanie z tak wysoką ratą kredytową, na którą nigdy nie było by ich stać. Reporterka wynajduje i opisuje historie najbardziej dramatyczne, znajduje ludzi, którzy stracili wszystko i z dnia na dzień stali się bezdomnymi. Kryzys szczególnie dotknął młodych, a bezrobocie sięgnęło 40 proc.. Ci bez pracy, bez perspektyw na własny kąt stworzyli ruch „Oburzonych” (chodziarz lepiej pasowała by nazwa „Wkurwionych”).

Spośród tych historii mnie wzrusza szczególnie ta o ojcu, którzy nieudolnie próbuje wręczyć łapówkę, aby jego syn dostało pracę. Jakąkolwiek.

Co można zrobić z Generałem. „Ludzie z placu Słońca” to też podróż w przeszłość i próba rozliczenia się z tematami, z którymi Hiszpania się do tej pory nie uporała. Reżim Franco, wojna domowa to temat widmo, którego próżno szukać w debacie publicznej. Hiszpanie nie za bardzo wiedzą co z nim zrobić, a nie przepracowany straszy i wyłazi z szafy w najmniej odpowiednim momencie. Dochodzi do absurdów. Z jednej strony na własną rękę szuka się ciał krewnych rozstrzelanych podczas wojny domowej, którymi usiana jest praktycznie cała Hiszpania.Potomkowie ofiar bezskutecznie domagają się skazania żyjących przedstawicieli reżimu i proszą o pomoc sądy w Argentynie i komisję ONZ (Hiszpania uznaje, że zbrodnie się przedawniły albo objęła je amnestia z 1977). Z drugiej na wyciągniecie ręki można znaleźć pomniki generała Franko, w tym okazały grobowiec wykuty w skale tuż pod Madrytem.

Podręczna. Najbardziej zdumiewa mnie jednak historia kobiet w czasach dyktatury i rola pewnej samotnej kobiety – twórczyni Ligi Kobiet, która postanowiła odebrać prawa wszystkim kobietom w Hiszpanii. Za czasów dyktatury pielęgnowana była tradycja macho, a kobiety były skazane na całkowitą dyskryminację. Nie mogły pracować, głosować, a zamężne stawały się własnością mężczyzny. Rozwody były nielegalne aż do 1987 roku, a zdrada karana śmiercią (tylko w przypadku zdrady ze strony kobiety oczywiście). Do dziś w wielu rodzinach panuje tradycyjny podział ról, a Hiszpania zatrudnia najmniej kobiet spośród wszystkich krajów UE.

Ciekawych tematów i ludzi jest w książce więcej. Pojawiają się też tematy współczesne. Jak na przykład małżeństwa tej samej płci i sława jednego małego miasteczka, które udziel im ślubów. Jest też przytłaczający reportaż dotyczący uchodźców i słynnego zdjęcia, na którym uchwycono ludzi próbujących się przedostać do UE szturmując wysokie ogrodzenie tuż przy polu golfowym, na którym spokojnie dwie kobiety grają w golfa. (zdjęcie tu)

Jest też wątek Almodovara i jego pierwszego filmu, który miał wyzwolić w katolickich Hiszpanach nieco wyuzdania i perwersji.

W rytmie flamenco. Książka jest dość specyficznie napisana. Nie czyta się jej łatwo. Wątki są nierówne, opowiedziane fragmentarycznie, z myślą bardziej o emocjach bohaterów niż chronologii. Jej rytm jest trochę jak hiszpańskie flamenco, gdzie nie liczy się kroków, tylko podąża za muzyką i emocjami.

„Ludzie z placu Słońca” Aleksandry Lipczak to według mnie bardzo dobry reportaż. Jeśli taki jest debiut to nie mogę doczekać się kolejnej książki. I czytając tylko trochę zazdrościłam Lipczak, że tak dobrze mówi po Hiszpańsku, że spotkała tych wszystkich ciekawych ludzi i wymyśliła sobie ten reportaż. Ehhh Dlaczego ja na to nie wpadłam? 😉 Mimo tej odrobiny zazdrości gorąco polecam!

 

LUDZIE Z PLACU SŁOŃCA, ALEKSANDRA LIPCZAK

WYDAWNICTWO DOWODY NA ISTNIENIE

 

 

 

Udostępnij:Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *