W oparach luminalu

Udostępnij:Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone

Z czytaniem niektórych książek jest jak z robieniem sobie zastrzyku w brzuch. Stajesz z igłą i niby wiesz, że to ma być dla ciebie pożyteczne, ale czujesz też jakiś instynktowny opór przed tą irracjonalną czynnością i bólem jaki sam sobie zaraz zadasz wbijając ten kawałek metalu w okolice własnego pępka.

Kto powiedział, że czytanie książek zawsze musi być przyjemne. Czasem trzeba się dać zmiażdżczyć mentalnie, przekroczyć barierę komfortu i dać się zaprowadzić w najczarniejsze zaułki miejsc, do których normalnie nigdy byśmy nie doszli.

"Góra Tajget" Anna Dziewit-Meller Wydawnictwo Wielka Litera, 2016

„Góra Tajget” Anna Dziewit-Meller
Wydawnictwo Wielka Litera, 2016

Wyobraź więc sobie opowieść. Opowieść, której bardzo nie chcesz wysłuchać do końca, bo wiesz, że nic dobrego się na tym końcu nie wydarzy. Dodaj do tego uczucie niezidentyfikowanego lęku, minimalnie wyczuwalnego na opuszkach palców, które towarzyszy ci za każdym razem kiedy przewracasz kolejne kartki. Pomyśl o najgorszej historii jaką kiedykolwiek usłyszałeś, a potem wyciągnij z portfela 36,90 zł i z własnej, nieprzymuszonej woli zakup „Górę Tajget” Anny Dziewit-Meller. To będzie ten gatunek rozkoszy.

„Góra Tajget” jest niestrawna jak cholera. Jakimś cudem dobrniesz jednak do końca, bo wiesz już po kilku stronach, że nie możesz już ani zawrócić, ani odwrócić głowy. Dajesz się wiec wciągnąć tej opowieści o dramatycznych wydarzeniach i pozwalasz się przenieść do czasów, kiedy świat ogarnęło zbiorowe makabryczne szaleństwo.

Dzieci, luminal i eksperymenty. Na powieść składa się kilka historii, połączonych ze sobą w dziwny sposób starą historią dzieci, które poddane zostały eksperymentom medycznym w czasie drugiej wojny światowej. Wszystko dzieje się w oparach luminalu, w scenografii współczesnego i wojennego śląska, familoków i starego szpitala psychiatrycznego, który kryje niechlubną tajemnice, której mieszkańcy bardzo nie chcą pamiętać.

Jest historia kata, jest historia ofiar, jest też lokalny farmaceuta i jego żona, którzy przypadkowo w jakiś sposób powiązani są z tymi wydarzeniami. Początkowo tylko cos wisi w powietrzu, czytasz i dowiadujesz się czegoś ze strzępków rozmów, raczej się domyślasz, ale mniej wiecej w połowie dochodzisz do historii Rysia, zamkniętego w tym makabrycznym szpitalu kilkuletniego chłopca, która obala wszelkie wątpliwości.

Chciałbyś zawrócić, ale widziałeś, że ciężkie drzwi już dawno się za tobą zastrzasnęły, i na pewni nie poradzisz sobie z nimi, bo jesteś tylko małym chłopcem.

Nie ma happy endu. Ofiary w większości umierają, w najlepszym razie są poharatane psychicznie lub fizycznie. A kaci? Pełnią ważne funkcje społeczne, wierząc, że przysłużyli się rozwojowi psychiatrii jak nikt inny (to smutna prawda). Żyją więc jakby nigdy nic, jakby to wszystko się nigdy nie wydarzyło.

Lęk, który zostaje. Zamykasz książkę i nie wiesz co masz zrobić z tym o czym przeczytałeś. Zostajesz sobie z tą złością i wiedzą w sumie ważną, ale bezużyteczną. Przede wszystkim jednak zostajesz z tym lękiem, bo nie masz wcale pewności, że świat za moment znowu nie ogarnie to makabryczne szaleństwo i ktoś znowu nie wymyśli jakiejś upiornej selekcji ludzi.

 

„Góra Tajget” Anna Dziewit-Meller, Wydawnictwo Wielka Litera, 2016

 

 

 

Udostępnij:Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *