Z czego musiałam zrezygnować… dla książek

Pamiętacie jak rok temu pisałam tu o swoich obawach dotyczących łączenia nowej roli życiowej – matki, z realizacją pasji jaka jest czytanie książek? Dziś dokładnie minął rok od tego wpisu, więc to chyba idealny moment na podsumowanie i odpowiedź na zadane sobie pytanie: czy udało mi się będąc matką pozostać jeszcze czytaczem książek?

Cud jakiś! Szczerze? Pojęcia nie mam jak ja to zrobiłam. Nie tylko udało mi się cokolwiek przeczytać. Nie tylko udało mi się nawet coś o tym jeszcze czasami napisać na tym blogu. Ja przeczytałam więcej książek niż w ubiegłym i poprzednim roku. Nieznacznie, ale więcej. Jak?

Dogmat. Pierwsze tygodnie po urodzeniu to była załamka. Ja nie ogarniałam niczego. Kręciłam się w kółko jak g… w przeręblu i dłuższą chwilę zajęło mi jako tako ogarnięcie się i zorganizowanie. Dość szybko zdałam sobie sprawę, że mój czas skurczył się drastycznie i musze nim tak zarządzić, żeby mieć czas dla siebie. Wiedziałam, że dla własnego zdrowia psychicznego musze znaleźć sposób na czytanie. Postanowiłam więc, że to będzie mój dogmat.

Metoda eliminacji. Ponieważ zrezygnowałam z urlopu macierzyńskiego i oddałam swój urlop ojcu mojego dziecka, te resztki wolnego czasu musiałam jeszcze wygospodarować na pracę. Zrobiłam więc listę rzeczy (w głowie), z których mogę zrezygnować bez uszczerbku na zdrowiu mojego dziecka. Przede wszystkim zrezygnowałam ze spania (w trakcie drzemek mojego dziecka, czy też po jego wieczornym uśnięciu), a nie powiem, żeby mi to przychodziło z łatwością. Wyeliminowałam też regularne chodzenie na paznokcie, które tak lubiłam, zminimalizowałam oglądanie filmów i seriali (dlatego nadal nie mam Netflixa!), zarzuciłam uprawianie sportów wszelakich (nawet jogi z youtuba). Wiem co sobie myślicie, ale sorrrry albo ładna i zgrabna, albo oczytana!

Chujowa pani domu. Przede wszystkim jednak odstawiłam większość porządków domowych. Pranie nieraz gniło w pralce kilka dni, bo zapomniałam że je tam zostawiłam. W mojej lodówce można byłoby równie dobrze chłodzić ubrania, bo w większości była to przestrzeń zupełnie nie zagospodarowanej przestrzeni. Nauczyłam się też przygotowywać obiady jedną ręką i robić je dosłownie z niczego jak np. zupa krem z gruszki i pietruszki, albo z marchewki i selera (pycha!). Stos piętrzącego się prasowania po 5 miesiącach przestał mnie tak denerwować, a po 7 miesiącach doszłam do wniosku, że nie musze większości tych rzeczy prasować – i tak się wymną.  Wiem co sobie myślicie, ale sorrrry no! Albo czytam, albo sprzątam!

Alienacja. Nie mam pewności, czy mam nadal tylu znajomych co przed rokiem bo umówić się ze mną na spotkanie graniczyło z cudem. Zrezygnowałam z wszystkich spotkań literackich, premier czy nowej super grupy Books&Boobs (oni tam podejrzewają że jestem fejkiem!), raz byłam w kinie, 2 razy sama na zakupach i kilka razy w kawiarnii, zwykle jednak pod pretekstem pracy. Wiem co sobie myślicie, ale sorrrry no! Albo lew salonowy albo mol książkowy!

Poza tym wyeliminowałam jeszcze czytanie gazet i magazynów (czytam tylko „Książki. Magazyn do czytania”, „Magazyn świąteczny” i „Duży Format”)

Słuchając. Z pomocą przyszły audiobooki, które w najgorszym czasie – spiętrzenia się tematów do ogarnięcia w pracy i zmniejszeniu ilości drzemek mojego dziecka – ratowały mi statystyki i dobre samopoczucie. Słuchając w samochodzie nie raz w myślach dziękowałam Bogu za korki w mieście, bo dzięki temu bez wyrzutów sumienia mogłam słuchać kolejnych rozdziałów.

Nie raz chciało mi się wyć. Mimo wszystko jestem z siebie dumna. Udało mi się w tym roku wygospodarować (wydrzeć pazurami) czas na czytanie i nadal mieć w tym przyjemność. To nie było jednak takie łatwe i nie raz chciało mi się płakać, że nie mam siły i czasu dla siebie.

Masz maksymalnie luźną godzinę i nie wiesz co masz zrobić: iść się wysikać, pracować, coś ugotować, coś poczytać, zrobić sobie kanapkę? Wstawić pranie? Ja czytałam. Najczęściej podczas drzemek dziecka pozwalając sobie nie robić absolutnie nic. Poza czytaniem przy nieznacznych predyspozycjach (do pracy w cyrku najlepiej)  wszystkie to czynności można przecież wykonać z dzieckiem.

Plan na ten rok? Mam nadzieję, że teraz uda mi się przynajmniej ten status quo utrzymać i jeszcze znaleźć czas na socjalizację, żeby takim ostatnim nerdem nie zostać;-) Jedno mi się tylko marzy. Taki jeden dzień – ja, książka, kawa/wino i … nikt nic ode mnie nie chce, nikt nie dzwoni, internetu nie ma. Jeden dzień. Dzień Matki?;))

 

 

 

 

  2 Replies to “Z czego musiałam zrezygnować… dla książek”

  1. 7 stycznia 2018 at 20:28

    Zaraz przypomina mi się moja mama, która mówiła, że gdy siedziała na urlopie macierzyńskim z bliźniaczkami czytała same ponure książki – Dostojewskiego, książki o wojnie – przez co jako dziecko miałam trochę wyrzuty sumienia, że psułam mamie humor swoim niemowlęctwem 😛 Ale z późniejszego dzieciństwa moimi codziennymi wspomnieniami jest mama czytająca Pratchetta, Sapkowskiego, Lema, skandynawskie kryminały – przeważnie do śniadania, to był jej czas, którego nie wolno było trójce bachorów naruszyć. No i dużo czytała nam, niekoniecznie książki dla dzieci, raczej młodzieżowe, Pana Samochodzika, Hobbita. A tata dzięki nam odświeżał sobie klasykę, bo uznał, że najlepszą lekturą dla dzieci jest W pustyni i w puszczy, Robinson Cruzoe i Verne 😀

    • Patrycja
      9 stycznia 2018 at 01:30

      Ja też czytam raczej ponure książki! Dodatkowo moje dziecko pewnie będzie mieć wspomnienie wszędzie piętrzących się stosów książek i matki wariatki robiącej książkom zdjęcia;-)))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *