Półka z książkami

Senniki Szczepana Twardocha

Koniec roku spędziłam ze Szczepanem Twardochem. Liczyłam na dobre męskie towarzystwo i podróż na gapę do świata młodych, gniewnych pisarzy, na podglądanie ich ukradkiem w jakiejś knajpie przy wódce. Liczyłam na wypieki na twarzy i skradzione wieczory.

Tak zresztą zapowiadał sam autor, który dla swoich czytelniczek:

wstaje czarnym świtem, żeby ukraść wieczory mężom, narzeczonym i konkubentom, żeby wleźć do ich sypialń i leżeć na ich nocnych stolikach.

Miałam pewne wątpliwości co do tych ‘ Dzienników’. No bo trzeba mieć jednak nieco bezczelności i samozadowolenia z siebie wydając tak młodo, tak specyficzny gatunek. Ostatecznie jednak ładnie wydana i zachęcająca okładka z dekadenckim, stylizowanym lekko na Hłaskę pisarzem przeważyła nad wątpliwościami (kobiety to są jednak czasem proste w obsłudze).

Niestety w moim przypadku trudno mówić o skradzionych wieczorach. Książkę raczej podczytywałem niż czytałam, a wypieki … no cóż jeśli się już pojawiły to chyba tylko w mojej kuchni. Zamiast zadyszki i biegania za przygodami, spędziliśmy ten czas na powolnym spacerze rozmawiając o książkach, metafizyce, trochę o życiu.

Jest kilka fajnych wpisów. Chyba głownie wtedy, kiedy Twardoch wychodzi z kumplami (głównie z Orbitowskim) na miasto (głownie w magicznym Krakowie), kiedy zdradza zaplecze swojej pracy, albo kiedy obserwuje kobiety. Dłużą się jednak rozważania nad literaturą, filozofią czy socjologią, które sprawiają wrażenie, że momentami książka jest jednak trochę przeintelektualizowana.

No i te sny… raz można, drugi można, ale po raz kolejny czytanie o snach autora już lekko irytuje. Może następna pozycja to powinien być Sennik?

O Szczepanie Twardochu nie dowiedziałam się absolutnie nic. Poza kilkoma wpisami z życia codziennego (które uważam są najlepsze w tej książce), o nim samym za wiele nie ma. A przecież tytułowy dziennik trochę takim odkrywaniem codzienności być przecież powinien. Podtytuł też trochę do niczego się nie odnosi, bo wielorybów i ciem,  też tam na próżno szukać. Po co wiec te dzienniki-niedzienniki Twardochowi teraz się wydały zupełnie nie wiem.

 

image

Szczepan Twardoch, „Wieloryby i ćmy. Dzienniki”
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015

Ocena Booklove: Jak nie masz nic lepszego pod ręką (Eeeeee)

 

Od literatury oczekuję zaskoczeń, wzruszeń i poruszeń. Nie zrażają mnie tematy trudne i zabawy formą literacką. Nudzą za to powtarzalne schematy, banały i romanse. Czytam głównie powieści i reportaże, przede wszystkim interesuje mnie literatura europejska, głównie polska i hiszpańska. Podczytuje czasem poezję.

Dodaj komentarz

avatar
  Powiadomienia  
Powiadom o